Znalazłam wczoraj magiczne miejsce. Przynajmniej magicznie wygląda na zdjęciach. Magią codzienności. Drzewa, rzeka, hamaki, namioty i cisza, przerywana wieczorami koncertami muzyki elektronicznej. I dostępne jedzenie, bez konieczności przygotowywania. Na ten moment więcej mi nie trzeba. Zarezerwowałam więc pełne cztery dni – od dziś do poniedziałkowego wieczoru.

Wczorajszego wieczoru dostałam wiadomość, że z dziadkiem coraz gorzej. Właściwie to już tylko czekamy. Porozmawiałam z mamą. Z siostrą. Zadzwoniłam do babci. Trudno być daleko od rodziny w takich momentach. Bardzo.

Postanowiłam spać na balkonie. Ostatnio mocno dokuczają mi coraz cieplejsze noce i brak świeżego powietrza. Wyniosłam więc materac na balkon, przyniosłam poduszki, poszewkę. To była fajna noc. Przypomniało mi się, jak sypiałam sama na zewnątrz w Wadi Rum. Magiczne noce. Tylko tam nie przejeżdżały nocą ryczące samochody. Ale może nie może być idealnie.

Rano wstałam, posprzątałam. Tati miała wpaść o 10.00 na poranną kawę. Samochód zarezerwowany do odebrania. Planowałam podjechać do apteki w drodze do tego nieba na ziemi. Zjadłam śniadanie, wstawiłam pranie. Bez pośpiechu. O 9.00 zadzwonił telefon, że przyjaciółka, która była wczoraj w odwiedzinach, miała kontakt z inną przyjaciółką. I ta druga właśnie dostała test na COVID. Pozytywny. Więc kwarantanna dopóki nie dostaniemy rezultatów.

Oddycham.

Nie martwię się bardzo, szanse są bardzo niewielkie. One zachowywały dystans, my zachowywałyśmy dystans. Ale chciałabym w las. Jednak.

Zamiast dalej się pakować, kupiłam więc kolejną książkę. Zaczęłam czytać. W właściwie to wróciłam do książki. Do „NW” Zadie Smith. Od ładnych kilku miesięcy chodziło mi po głowie, żeby przeczytać. No to czytam. W wersji oryginalnej. Zawsze jak czytam kilka książek po polsku, a potem przerzucam się na angielskie, to zajmuje mi w głowie dobrą chwilę przestawienie klepki na inny język. Ale potem w niego wchodzę. Lubię to.

Trochę drzemię. Obcięłam Szu pazurki. Zjadłam gorzką czekoladę i migdały. Zaraz wezmę prysznic, a potem zrobię sesję jogi. Będę czytać dalej Smith. W kolejce położyłam sobie na kupce inne książki, które czekają od dawna na swój moment: “Half of a Yellow Sun” Chimamandy Ngozie Adichie, “The Kite Runner” Khaleda Hosseini oraz niedawno zakupiona w ukochanym bejruckim The Little Bookshop – “When all else fails” Rayyana Al-Shawafa (może to najlepszy tytuł na tu i teraz). Wieczorem obejrzę film. Czasem samotność naprawdę jest dotkliwa.

I będę czekać dalej. Z nadzieją. Bo jednak chciałabym pojechać w las, jak tylko będzie można.

Ps. I jeszcze przypomniało mi się, że jak kupowałam książkę, to dostałam w gratisie wiersz. Wyszperałam go właśnie. Brzmi tak:

 

Let it be forgotten, as a flower is forgotten,

Forgotten as a fire that once was singing gold,

Let it be forgotten for ever and ever,

Time is a kind friend, he will make us old.

 

If anyone asks, say it was forgotten

Long and long ago,

As a flower, as a fire, as a hushed footfall

In a long forgotten snow.

 

(“Let It Be Forgotten” by Sara Teasdale)