[ENG follows]

Ciszy pustynnej nocy właściwie nie da się wyrazić. Leżę przykryta trzema grubymi kocami i obserwuję przesuwający się księżyc i zmieniające położenie gwiazdy na niebie. Wielka Niedźwiedzica pojawia się dopiero około trzeciej nad ranem. Marznący nos jest wyznacznikiem spadającej temperatury i bliskości natury. Podczas nocnego spaceru przy pełni księżyca towarzyszy mi tylko chrzęst piasku pod stopami.

Dopiero po jakimś czasie zaczynam się tu czuć dobrze bez makijażu. W zależności od temperatury owijam się w to, co akurat pod ręką i wygodne – żeby chronić się przed słońcem, wiatrem czy chłodem. Nieustająco wsłuchuję się w nic, w pustkę, w ciszę. Każdy dźwięk zaskakuje. Na przykład dźwięk porannego rozpalania ogniska, żeby zaparzyć herbatę. Albo trzepot skrzydeł ptaków, przelatujących nad głowami o świcie. Stukanie w klawiaturę jest dźwiękiem z gruntu obcym i nie wpisuje się w istotę tego miejsca. Z całkiem lekkim sercem odrzucam więc komputer w kącie.

Potrzebuję takich miejsc, żeby się wyciszyć. Żeby przestać biec. Zanurzyć się w samej sobie, w czasie i przestrzeni. Pozwolić czasowi upływać. Czytać książki jedna za drugą. Spać. Wokół nie ma nikogo, kto potrzebowałby mojej uwagi. Nie mam połączenia ze światem; telefonu, Internetu. Jest za to piasek, skały i kilka namiotów, które stają się moim tymczasowym domem. Kolejnym. Przejściowym. Największym przyjacielem staje się gruby koc, którym opatulam się od wieczora do rana, bo noce jednak chłodne. Właściwie z nikim nie rozmawiam, choć toczę miliony wewnętrznych dialogów. Na szczęście, wraz z upływem czasu, je też udaje mi się wyciszyć.

Trzy dni i trzy noce. Nic. Mgnienie oka. Trzy wschody i zachody słońca. Trzy noce pod gołym niebem. Uczyłam się ciszy, przerywanej dźwiękami jeepów przemierzających pustynię albo pokrzykiwań Beduinów poganiających wielbłądy. Uczyłam się dźwięku trzaskającego ognia.

Rytm dnia wyznaczało wschodzące i zachodzące słońce. Przyglądałam się turystom, przyjeżdżającym późnym popołudniem i wyjeżdżającym rano, tuż po śniadaniu. Moją ulubioną porą dnia był czas od po śniadaniu do popołudnia. Wtedy na miejscu nie było prawie nikogo. Znikali już ci, którzy przyjechali poprzedniego wieczoru, a nowi jeszcze nie przyjechali. Zdarzało się, że w obozie byłam tylko ja i K. Szukając cienia, snuliśmy się jak dwa cienie, uśmiechające się do siebie podczas przypadkowych spotkań. Często piliśmy razem herbatę. K. palił papierosy jeden za drugim i przesypywał piasek między palcami, ja wystawiałam twarz do słońca albo wpatrywałam się w pustkę.

Wadi Rum to wielość doświadczeń. Ubrań przesiąkniętych zapachem ogniska. Smaku słodkiej herbaty zaparzonej w ogromnym czajniku na ognisku. Zawiązanej chustki na głowie, która za dnia chroni przed słońcem, a wieczorem ogrzewa. Zapachu ciała drugiego człowieka. Chłody skały, która jest tu od tysięcy lat. Pokory wobec natury. Wielości języków przeplatających się ze sobą. Wielbłąda i trzech ganiające się po obozie kotów. Wpatrywania się w ogień. Sziszy – jednej, drugiej, trzeciej.

Pustynia pozwala uczyć się samej siebie. Bycia tu i teraz. Nie ma wczoraj i nie ma jutra. Czas zlewa się w całość odmierzaną wschodami i zachodami słońca, ale te też po pewnym czasie zlewają się w jedną całość. Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Zgoda na samą siebie. Wyciszenie. Słodka herbata gotowana na ogniu. Wewnętrzny spokój. Zwolnione tempo. Cisza.

It’s quite impossible to describe the silence of the desert night. I’m lying under three thick blankets, watching the moon and stars changing their places on the sky. Great Bear appears only around three am in the morning. Freezing nose marks dropping temperature and reminds of closeness to the nature. My only companion during the full moon desert night walk is the crunch of the sand under my feet.

Only after some time I start feeling good without the make-up. Depending on the needs I cover myself with whatever is around and comfortable – to protect myself from the sun, wind or cold. I’m listening to nothing all the time. To the emptiness. To the silence. Every sound seems to be a surprise. Like the sound of the morning fire to make a tea. Or a flap of birds’ wings flying over the heads at the dawn. Tapping at the computer is a strange sound here and doesn’t belong to the place. Therefore I drop my computer out and don’t even touch it.

I need such places to switch off. To stop running, be close to myself. In time and space. To let the time fly. To read books one after another. To sleep. There is nobody around who would require my attention. I have no connection to the world. No telephone, no Internet. Instead I have sand, rocks and a few tents that become my temporary home. Another one. Transitional. Blanket becomes the greatest friend during the chilly nights. I almost don’t talk to anybody although I carry on millions of internal dialogues internally. Luckily, they also stop after a while.

Three days and three nights. Nothing. A blink of an eye. Three sunrises and three sunsets. Three nights outdoors, under the clear sky. I was learning the silence, cut only by the sounds of jeeps going through the desert or shouts of Bedouins at their camels. I was learning the sound of the fire.

The rhythm of the day has been measured by the sunrises and sunsets. I was watching the tourists coming late afternoon and leaving in the morning, just after breakfast. My favourite time of the day was between after breakfast till the afternoon. It was when there was almost nobody in the camp. Tourists from the previous night have left already and the new ones didn’t arrive yet. It happened that it was only me and K. in the camp. Looking for the shadow, we were floating around, smiling to each other during accidental meetings. We often had tea together. K. was smoking cigarettes one after another and sprinkling the sand between his fingers, I was watching the sun or the emptiness.

Wadi Rum brings diverse experiences. Clothes smelling the fire. Taste of the sweet tea boiled on the fire in a huge pot. Head wrapped in kufiya which protects from the sun during the day and from the cold during the evenings. The smell of the body of another person. Coolness of the rock which has been here for thousands of years. Humbleness towards the nature. Numbers of languages interweaving each other. A camel and three cats in the camp. Gazing the bonfire. Shisha – one, second, third.

A desert allows you to learn about yourself. To be here and now. There is no yesterday and there is no tomorrow. The time fuses into a whole measured only by sunrises and sunset but after a while they also fuse. Who are we are where are we heading to?

Acceptance of yourself. Calm. Sweet tea boiled on the fire. Internal peace. Pace slowed down. Silence.

Advertisements