[ENG follows]

Towarzyszyła mi przez cały czas. W nieodebranych telefonach i pozostawionych bez odpowiedzi wiadomościach. W wietrze, który rozwiewał włosy na Cytadeli. W widoku na białe kamienice przytulone jedna do drugiej. W labiryncie uliczek. W kotach błąkających się po całym mieście. W nieoczekiwanym spokoju, który znalazłam w sobie. W księgarnio-kawiarni, w której mimo woli przez godzinę przysłuchiwałam się rozmowie Polaka, nieświadomego, że przytrafiła mu się polskojęzyczna kawiarniana sąsiadka. W przestrzeniach Forum Romanum, braku żywej duszy w Odeonie oraz ukrytym za zamkniętą bramą Nymphoemum. W spóźnionych nawoływaniach muezzina. W meczecie w paski na wzgórzu, na który spoglądałam z balkonu kawiarni. W gorącu słońca i chłodzie cienia. W smaku granatów pomieszanym z grillowanym halloumi. W ciszy wieczorów i hałasie ulic za dnia. W irańskiej herbacie zaparzonej z wody różanej i cieście z kardamonem. W Darat al. Funun. W (nie)opowiedzianych historiach i (nie)wypowiedzianych słowach. W codziennym wspinaniu się ze wzgórza na wzgórze oraz w wieczornych spacerach pustymi ulicami miasta. W wąskich schodach pnących się w górę. W drzewach zasadzonych pośrodku chodników. W Rumi Cafe, które zdecydowanie byłoby moim miejscem w Ammanie, gdyby Amman był moim miejscem na świecie. W smaku chałwy z pistacjami. W ciągłym gubieniu się i odnajdywaniu.

Pustka.

Amman od dawna był nigdy niewypowiedzianym na głos celem mojej rowerowej podróży. Stambuł był opowieścią dla wszystkich, kawałkiem, o którym nie bałam się mówić, historią do dzielenia się z innymi. Dalsza podróż miała być już tylko moja. Tak to sobie wyobrażałam. Nie wiedziałam, co mnie czeka, jak tu już dotrę, ale wiedziałam, że to tu właśnie chcę dotrzeć. Do miejsca, w którym po raz pierwszy opowiedziałam na głos o swoim rowerowym marzeniu. Chciałam usiąść nocą na tym samym dachu i, patrząc na te same, migające na zielono światła meczetów, snuć opowieść o tym, jak to marzenie spełniłam. Że jestem tu, dojechałam, dałam radę.

Tak się jednak nie stało.

Do wielu opowieści muszę dojrzeć, żeby mogły ujrzeć światło dzienne. Tak samo musiałam dojrzeć do tej właśnie. Kiedy obudziło mnie szarpnięcie lądującego samolotu i zaspanym wzrokiem spojrzałam na rozciągającą się za oknem pustynię, zrozumiałam, że nie jestem już tą samą dziewczyną na rowerze. Że wróciłam tu po to, żeby się pożegnać. Z nią i z jej historią, którą mam w sobie. Żeby zamykając jeden rozdział stworzyć przestrzeń na kolejny, nieznany.

Dziękuję za marzenia, Ammanie. Mimo wszystko. Dobranoc.

It was present all the the time. In the untaken phone calls and messages left without the answer. In a wind that was blowing through my hair in Citadel. In a view to white tenants, one next to another. In the labirynth of the streets. In stray cats roaming all over the city. In an unexpected peace I found in myself. In a cafe, where for one hour I was listening to a phone conversation of a Polish guy, who supposedly didn’t expect to have a Polish-speaker as his cafe-neighbour. In the spaces of Forum Romanum, in a lack of a single living creature in Odeon and in Nymphoeum, hidden behind the closed gate. In delayed calls of a muezzin. In the striped mosque on the hill, which I was looking at from the cafe’s balcony. In the warmth of the sun and coldness of the shadow. In the taste of pomegranate mixed with a grilled halloumi cheese. In the silence of the evenings and noise of the streets during the days. In the Iranian tea with rosa water and cake with cardamon. In Darat al Funun. In (un)told stories and (un)spoken words. In constant climbing up and down the hills and evening walks through the streets. In the narrow stairs and trees planted in the middle of the pavement. In Rumi Cafe that would definitely be my place in Amman if Amman happened to be my place in the world. In the taste of halva with pistachios. In getting constantly lost and constantly found.

Emptiness.

For a long time Amman was an inexpressible destination of my bike trip. Istanbul was a story for everybody, the one I could share with everyone and I wasn’t afraid to talk about. The next chapter of that journey was supposed to be mine only. That’s how I have imagined it at least. I didn’t have any idea what was waiting for me here, but it was here where I wanted to reach. To the place, where I found enough courage to talk about this bike dream of mine out loud for the very first time. I wanted to sit at this very same rooftop at night and – looking at the green lights of the mosques – keep telling the story about how I made this dream come true. That I am here, that I did it.

This hasn’t happened.

Some stories need to grow in me and wait patiently to be outspoken. This story is one of them. When I woke up in the plane after it touched the ground and I saw the desert outside of the window, I understood that I am not the same girl on bike anymore. That I came here to say goodbye. To her and to her story that I am keeping inside of me. To close one chapter of my life and create the space for another, new, unknown one.

Thank you for the dreams, Amman. Despite everything. Good night.

Advertisements