[ENG follows]

Widok na szczyt Jawornik-Gorgan z polany, na której zdecydowałyśmy, że damy radę, nieświadome, że właśnie podjęłyśmy decyzję o godzinnym podejściu i pięciu godzinach zejścia i przebijania się przez gęsty las w ciemności, ze strachem zaglądającym nam głęboko w oczy.

Zgubienie ulubionej czapki, czego do dziś nie mogę odżałować.

Dotarcie do hotelu „Dziki Miód”, gdzie odwodnione gotowe byłyśmy wziąć pokój za każdą cenę, wdzięczne za to, że wciąż żyjemy i niedowierzające, że to wszystko, co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę. Lekcja pokory przed naturą. 

Liczenie przewróconych drzew podczas wejścia na Jawornik. Dziesiątek.

Grzane wino w Jaremczy, gdzie świętowałyśmy nową pracę i obronioną na szóstkę pracę magisterską, zagryzając syrnikami i kartoflem.

Pierwszy postój we wspinaczce na Howerlę, podczas którego nagrałyśmy filmik odgrywając pierwszoplanowe role chomików.

Podróżowanie stopem z Howerli, czyli historia o tym, jak Katka podróżowała na pace, leżąc na kupie upranych prześcieradeł i obrusów, zapakowanych w wielkie wory.

Leniwe godziny w restauracji Panorama w Wierchowinie. Scrollowanie fejsa i wystawianie twarzy do słońca. Creme brule i frytki.

Rozmowa telefoniczna z P. na autobusowo-marszrutkowym dworcu w Wierchowinie. Stres i ulga.

Droga marszrutką z Wierchowiny do Dzembroni z podskakującym nieustająco kierowcą Wasylem, naszym aniołem-stróżem. I kolejna trasa z Wasylem o poranku dnia następnego, kiedy wesoła marszrutka wyłoniła się nagle z ciemności.

Camp Biały Słoń, w którym zakochałam się bez pamięci.

Kąpiel Vlada (o wyglądzie australijskiego surfera) w górskiej rzece w Dzembroni przy temperaturze poniżej zera. Zbieranie szczękającej z zimna szczęki z ziemi i oczy szeroko otwarte z niedowierzania.

Wejście na Popa Iwana, najwspanialsze. Kilometry pokonywane połoninami. Spokój, cisza i przestrzeń. I Uchaty Kamień, gdzie dopiero co poznany Vit zaproponował, że poczeka na dole, żeby nas podrzucić do campu oraz pożyczył kijki, żeby Katce było łatwiej schodzić z naciągniętym ścięgnem, a mi z zepsutymi kolanami.

Urywający głowę wiatr podczas podejścia na Popa.

Kilogramy bryndzy, które zjadłam podczas całego wyjazdu. Uczulenie Katki na chleb. Gorzka czekolada z orzechami i Snickersy. Przeskakiwanie przez rzekę.

Wstawanie o 5.00 rano. Wschody słońca. Mgła. Szron.

Ze spokojem w oczach spoglądające na mnie krowy, które nocą spotkałam przed wejściem do naszego domku na campie.

Rozgwieżdżone niebo, zapierające dech w piersi. Wiszące mostki – strach i duma z jego pokonania.

Trzaskający kominek w Białym Słoniu i miauczący przeraźliwie kociak.

Leniwe picie herbaty w wiedeńskiej kawiarni w Czerniwcach, w której spędziłam godziny czytając „Znikającą Europę” i głaszcząc kota.

To uczucie, że tak bardzo nie chce się wyjeżdżać. I że jest tak dobrze.

Było najpiękniej.

The view to Javornik-Gorgan from the glade, where we have decided that we can do it, unconscious that we just made a decision about one-hour long climb up and five-hours long descend, combined with getting through a dense forest in a darkness, with fear looking deeply in our eyes.

Losing the favourite cap. I still cannot get over it.

Reaching hotel “Wild Honey”, where – dehydrated – we were ready to take the room for any money, grateful for still being alive and still disbelieving that everything that has happened, has really happened. A lesson of humility towards the nature.

Counting the fallen trees during the march up to Javornik. Dozens.

Hot wine in Jaremtshe, where we were celebrating a new job and the master thesis defended excelently. Eating syrniki & potatoes.

 First stop during the climb to Hoverla during which we have recorded the video in which we play the foreground roles of hamsters.

Hitchhiking from Hoverla – a story about Katka travelling on a pile of freshly washed sheets & tableclothes, packed in huge bags.

Lazy hours in Panorama restaurant in Verkhovyna. Scrolling facebook & facing the sun. Creme brule & French frites.

Phone call from P. on marshrutka station in Verkhovyna. Stress & relief.

A road from Verkhovyna to Dzembronya with constantly jumping driver Vasyl, our guardian angel. And the next travel with Vasyl, the following morning, when marshrutka suddenly has appeared out of the darkness.

Camp Bilyi Slon, with which I fell head over heals in love.

Dive of Australian-surfer-looking-like Vlad in a mountainous river in Dzembronya when temperature was below zero. Hanging open mouth and eyes wide open in disbelief.

Climb to Pop Ivan, the greatest. Kilometers walked along pastures. Peace, silence and space. And Ushastyy Kamen, where Vit, whom we just met suggested that he will wait down the hill in order to give us a lift back to the camp and lent us his sticks – for the relief for Katka’s pulled tendon and my knees still kind of out of order.

Wind biting our heads off during the climb to Pop Iwan.

Kilograms of bryndza cheese I have eaten. Katka’s alergy to bread. Bitter chocolate with nuts and Snickers. Jumping over the river.

Getting up at 5am. Sunrises. Fog. Rime.

Cows that I met in the night just in front of our house in the middle of the night, looking calmly at me.

Star-studded sky, taking breath away. Hanging bridges – fear and pride of overcoming it.

Crackling fire in Bilyi Slon and terribly meowing kitty.

Lazy drinking of tea in Viennese cafe in Chernivtsi, where I’ve spent hours reading “Disappearing Europe” and stroking the cat.

This feeling that you so much don’t want to go back. And that it’s all so good.

All of that was just perfect.

Advertisements