[ENG follows]

Uciekałam przed tym tekstem bardzo długo. Gonił mnie od kiedy z końcem maja przekraczając nocnym blablacarem niemiecko-polską granicę zmierzałam w kierunku Warszawy. Przez okno samochodu patrzyłam na wszystkie stare-nowe miejsca, tak znajome i nieznajome jednocześnie. Gonił mnie, kiedy latem odbywałam pierwszą i kolejne letnie wyprawy cmentarne, w poszukiwaniu śladów przodków, po tym, jak projekt odtwarzania historii mojej rodziny zaczął nabierać niespodziewanego tempa, a ja zaczęłam robić zdjęcia nagrobków, odwiedzać księży w parafiach i wertować stare księgi parafialne, by wyczytać z nich imiona i nazwiska moich praprababć i prapradziadków. Gonił mnie po lwowskich zakątkach odwiedzonych w lipcu w pełni słońca, ze skrzypiącą huśtawką i panem oprowadzaczem po świątyni służącej wiernym różnych religii, w zależności od dnia tygodnia. I po ukraińskiej podlwowskiej wsi, z wielkim krzyżem dla alkoholików na jej środku, pod którym podobno wystarczy się pomodlić, by problem z alkoholem zniknął. Gonił mnie każdego dnia bólem kolan przypominającym styczniowe chorwackie góry, które pokonały moje kolana. Gonił jesiennym wschodem słońca nad polskim morzem, na który wybrałam się, mimo, że łóżko takie ciepłe, miękkie i wygodne. Gonił w końcu po bieszczadzkich październikowych szczytach. I tam dopadł. Uległam.

Bieszczady. Fot. K. Prokopowicz

Brnąc przez październikowe błoto i śnieg gdzieś pomiędzy Ustrzykami Górnymi a Połoniną Caryńską przyszło mi w końcu do głowy, że być może to, co czułam przez ostatnie miesiące trochę przypomina złość podobną do tej, którą przeżywać muszą zdobywcy górskich szczytów, kiedy nie uda im się ich osiągnąć, mimo ogromu przygotowań, szumu i rozgłosu, trzymanych kciuków i wysyłanego przez fanów strumienia dobrych myśli.

Przecież wszystko było na dobrej drodze. Był plan, działałam, jechałam, do przodu, do przodu. A potem nagle bach! Trach! Kolana! Nie pogoda, wichura, ulewy, ukradziony rower, przygoda hej przygoda, takie tam. Nie. Kolana. Taki banał!

Może dlatego w momencie przekraczania granicy wyparłam z pamięci cały ostatni rok w podroży. Rowerowy wyjazd też. Odsunęłam go od siebie, postanowiłam, że po prostu będę udawać, że go nie było, zupełnie nie będąc w stanie dostrzec tego wszystkiego, co – mimo przedwcześnie zakończonej podróży – się udało. Bo w głowie wciąż kołatała się tylko ta jedna myśl: nie dojechałam.

A przecież gdyby nie wyjazd, to nie poznałabym tak wielu niesamowitych ludzi. Nie zamieszkałabym u Profesora w chorwackich górach. I nie zwiedziła słoweńskich wodospadów z Peterem. Nie zmierzyłabym się z samą sobą, w zimnie i deszczu pedałującą przez wiele kilometrów. Nie trafiłabym do ośrodka dla uchodźców. Nie zamieszkałabym w studio jogi. Nie pojechałabym z Marco na roadtrip nad chorwackie morze i nie wysłuchała historii o mierzeniu się z fotografowaniem paraolimpijczyków. Nie usłyszałabym “Przed sobą nie uciekniesz”, będącym zdaniem wypowiedzianym w odpowiednim momencie i odpowiednim czasie. Nie zrobiłabym projektu fotograficznego w Belgradzie oraz tysiąca przerw na przystankach autobusowych z kubkiem parującej herbaty w ręku. Nie zrobiłabym wielu innych rzeczy. Za to pewnie wciąż żyłabym marzeniem, że fajnie byłoby udać się w taką podróż przed siebie. Że przecież w końcu się zbiorę i to zrobię. W bliżej niesprecyzowanym „kiedyś”.

Może gdyby nie ta moja rowerowa podróż, to Ania nie podjęłaby decyzji o tym, żeby spełnić swoje marzenie i zrobić prawo jazdy na ciężarówki. Może Kamila nie odeszłaby z pracy i nie ruszyła w samotną podróż motorem po Europie. A Magda nie kupiłaby domu na wsi pod lasem. Może dzięki tej mojej decyzji spełniły się też inne marzenia, o których nie wiem. A już te trzy przecież dają tyle radości! Jechałam wielką czterdziesto-tonową ciężarówką z Anią, Magdę odwiedziłam (i odwiedzać dalej będę!) w domu na wsi pod lasem, a z Kamilą rozmawiam na skajpie z dalekiej Irlandii, dokąd dotarła na motorze. I w myślach wciąż powtarzam, że spełnione marzenie to takie, które otwiera inne marzenia.

Kilka miesięcy temu przestałam zaglądać na stronę Girl on Bike. I na girl-on-bajkowego fejsbuka. Całkowicie poddałam się poczuciu porażki. Teraz myślę sobie, że może po to, by móc z niej się podnieść. By w niej właśnie szukać siły. By pewnego dnia poczuć, jakby wiatr pomału znowu zaczynał wiać w żagle.

Czas ściągnąć z półki aparat, który pokrył się już kurzem. Trochę przebolałam utratę dysku z wszystkimi zdjęciami z wyjazdu, który po tym, jak wraz ze mną odwiedził tyle miejsc i przetrwał w rowerowych sakwach śniegi, deszcze i zimno, to ostatecznie zmienił właściciela w czeluściach warszawskiego baru mlecznego, kiedy w czerwcu, tuż po powrocie jadłam w nim kaszę gryczaną z sosem pieczarkowym. Nie ma więc zdjęć innych niż te już wcześniej opublikowane.

Czas wydobyć plik z notatkami z wyjazdu ukryty gdzieś głęboko w komputerze, by nie rzucał się w oczy i nie przypominał smutków.

Czas wyjść do ludzi i porozmawiać o tym, co się wydarzyło. Pokazać, to co udało się. Przegadać to, co nie wyszło. Dokończyć projekty. Wrócić do pisania.

Czas wracać.

Bieszczady. Fot. K. Prokopowicz

Warszawa, 11 października 2016

I’ve been running away from this text for a very long time. It’s been chasing me though. Chasing me when I was crossing the German-Polish border in the middle of night in a blablacar driving towards Warsaw. I was looking at the all old-new places through the car window. So well-known and unknown at the same time. Chasing me when in the summer I was taking my very first and all that followed cementary trip searching for the traces of my ancestors after the project of reconstruction of the history of my family has gathered pace and I started taking photos of the graves, visiting priests at the parishes and checking the old church books to find the names and surname of my greatgreatgrannies and greatgreatpapas. Chasing me in sunny Lviv visited in July with creaking swing and mr-guide of a temple that depending on the week day served the confessors of different religions. And in the Ukrainian village nearby Lviv, with big cross for alcoholics in the middle, where it’s enough to pray and the problem will be gone, legend says. Chasing me with the knee pain, reminding me Croatian mountains that have won over my knees last January. Chasing me with the sunrise at Polish seaside, which I have managed to see, even though the bed was so cosy, soft and comfortable at 4 am. Chasing me eventually in the Polish mountains just recently. This is where I’ve been caught and defeated.

Bieszczady – Polish mountains. Photo by K. Prokopowicz

Trudgeing through the snow and mud, somewhere between Ustrzyki Gorne and Polonina Carynska, this thought has finally reached me that maybe what I’ve been feeling those last couple of months reminds a bit anger that those who ascend the mountain peaks must feel when they don’t manage to do it, despite months of preparations, notoriety and publicity, fingers crossed and flow of good thoughts sent by family and friends.

Everything was on a good way. There was a plan, I was active, cycling, ahead, ahead, go go. And then poof! Thwack! Knees! No winter, gale, slashings, stolen bicycle, adventure hey adventure, and so on. Knees. Such a banality!

Maybe this is why at the moment of crossing the border I started to erode from memory tha whole last year abroad. Including the bike part. I brushed it aside, decided I’m gonna pretend it didn’t happen, not being able to see all that – despite the early finish of the journey – has been amazing. Becasue there was just this one thought in my head: I haven’t managed to reach the end.

But if not this travel, I wouldn’t have met so many amazing people. I wouldn’t have lived at the Professor in the Croatian mountains. And wouldn’t have visited the Slovenian waterfalls with Peter. I wouldn’t have measured myself against myself, in cold and rain, pedalling many hours and many kilometers. I wouldn’t have volunteered with the refugees. And lived in a yoga studio. I wouldn’t have gone for a roadtrip with Marco and wouldn’t have heard the stories of challenges he had to face within himself to be able to photograph paralympics. I wouldn’t have heard „You cannpt escape yourself” at the right moment and right time. I wouldn’t have made a photo-project in Belgrade and many breaks at the bus stops to warm up myself with a cup of tea. I wouldn’t have made thousands of other things. But I would have probably continued living with this dream that I will decide for such a trip one day. I will finally do it one day. Undefined, unspecified „one day”.

Maybe if not this bike travel, Aniu wouldn’t have made her decision to fulfil her dream and start driving big trucks. Maybe Kamila wouldn’t quit her job to start a solo motorbike trip across Europe. Maybe Magda wouldn’t have bought a house in the village next to the forest. Maybe another dreams, which I don’t know about, have also been fulfiled. Already those three give so much joy! I had a pleasure to be in a fourty-ton truck driven by Ania, visited Magda in her village house and keep talking to Kamila on skype from Ireland, where she has reached on the motorbike. I keep repeating that a fulfiled dream opens up another dream.

A few months ago I stopped visiting the Girl on Bike website. And girl-on-bike Facebook profile. I have totally and fulle surrendered to the feeling of a failure. Now I think that maybe it was needed te be able to stand up. To search for the strenght in it.

It’s time to take the camera from the shelf, where it got dusty. I’ve already got a bit over the loss of the external drive with all the photos from my trip, that has travelled in my panniers all the snows, rains and cold and eventually has changed the owner in the abyss of the Warsaw milk bar in June, where just after being back to Poland, I was eating the buckwheat with mushroom sauce. There are no more photos from the trip than the ones that have aleady been published.

It’s time to dig up the file with notes from the travel, hidden somewhere deep in the computer in order not to be strinking and reminding of the sadness.

It’s time to go out to the people and discuss what has happened. Show the greateness of it. Talk through what has not worked. Finish unfinished projects. Start writing again.

It’s time to be back.

Bieszczady – Polish mountains. Photo by K. Prokopowicz

Warsaw, 11 October 2016

Advertisements